
Tym wpisem chciałbym zapoczątkować serię traktującą o moich ulubionych płytach z muzyką
Krytyk ze mnie żaden, i pewnie wielu z was nie podziela moich upodobań, ale co tam - to mój blogasek i będę tu pisał co chcę 
Z Rage Against The Machine pierwszy raz spotkałem się w gimnazjum, grając w Tony Hawk Pro Skater 2. Guerilla Radio to był moj ulubiony kawałek ze ścieżki dźwiękowej
Niestety, nie posiadałem wtedy jeszcze stałego dostępu do internetu, a jedynie skromny modem ISDN wraz ze wszystkimi tego zaletami (m.in. opłatami za impulsy telefoniczne), wobec czego musiało mi wystarczyć to, co miałem. A miałem wtedy niestety głównie płyty z techno, które przynosili mi kumple.
Jakiś czas później w moim domu zagościła neostrada. Zafascynowany nieograniczonym dostępem do internetu pobierałem, co tylko się nawinęło, ze ś.p. tdt.org.pl. Wtedy właśnie kumpel pokazał mi tą płytkę. Czym prędzej postarałem się, aby na moim dysku znalazła się dyskografia tego zespołu.
Dzisiaj mam już oryginalną kopię tego albumu, i nie żałuję. Przeznaczone na ten cel 20pln uważam za świetną inwestycję.
Płyta jest przez niektórych uważana za średnią, mnie jednak bardzo odpowiada. Wiele mocnych brzmień, czasem energetycznych ("Sleep now in the fire"), czasem po prostu ostrych ("Born of a broken man"). Znaleźć można też spokojniejsze utwory ("Mic Check"). Wszystko doprawione niecenzuralnym, buntowniczym językiem - czyli to, co doskonale pobudza do działania i wprawia człowieka w - bądź co bądź - dość przyjemny nastrój. Kawałki są idealne do pogo, przynajmniej moim zdaniem.
The Battle of Los Angeles zawiera idealną mieszankę metalu i rapu, zwaną rapcore. Zack de la Rocha ma świetny głos, co można zauważyć m.in. w utworze Calm Like A Bomb. Jego "what ya say" na długo zapadło mi w umysł 
Jednym zdaniem - gorąco polecam tą płytkę każdemu, kto twórczości RATM nie zna, a jednocześnie jest miłośnikiem energetycznych i buntowniczych brzmień w klimatach rapcore.