flegmatyk

michalrud@jabbim.pl

10 października 2009,

Przełączanie kompozycji w metacity

No więc, metacity (dla niezorientowanych, chodzi o to, co zajmuje się okienkami w GNOME) obsługuje kompozycję, choć nie w domyślnej konfiguracji. Czym jest kompozycja? Chodzi o to, że obraz nie jest rysowany bezpośrednio na ekranie, w praktyce oznacza to półprzezroczystość i cienie pod oknami, a czasem również odrobinę lepszą wydajność, no i koniec z innymi problemami. Włączenie kompozycji w Metacity wymaga ustawienia odpowiedniej opcji w GConf. Czasem jednak potrzeba wyłączyć kompozycję, np. gdy przeszkadza ona niektórym aplikacjom (tutaj trzeba przyznać, że Compiz znacznie lepiej radzi sobie z niekompatybilnymi programami, jednak jest o wiele bardziej zasobożerny). Można kombinować i grzebać w GConfie, ja jednak wolę, gdy jest to zautomatyzowane. Dlatego też napisałem króciutki skrypcik, który robi to za mnie.

iscompositingon=`gconftool-2 -g '/apps/metacity/general/compositing_manager'`
if [ "$iscompositingon" == "true" ]
	then
		gconftool-2 -s '/apps/metacity/general/compositing_manager' --type bool false
	else
		gconftool-2 -s '/apps/metacity/general/compositing_manager' --type bool true
fi

Edycja - kubzior zaproponował, żeby wywalić export, co też czynię, bo w sumie niepotrzebny tam był.

Kolejna edycja - tak, jak poradził d4rky, ująłem zmienną w cudzysłów.

Dodano w kategorii Komputery Techblog o 20:32:42, 5 komentarzy

19 września 2009,

Kolejny raz to samo

Zainstalowałem Windowsa 7. Ale zanim przejdziecie do czytania dalszych nowości, wiedźcie jedno: nie jestem zachwycony.

Najpierw instalacja. Uruchamianie instalatora trwało długo. Nie było nawet żadnej informacji o tym - po prostu jakaś fajansiarska tapetka i kursor zajętości. Trwało to może z kilka minut. Potem pojawiło się jakieś pytanie. Odpowiedziałem. Pokazał się komunikat o uruchamianiu instalatora, bez żadnego paska postępu ani dodatkowych informacji.

Poszedłem do toalety, zrobiłem sobie kanapkę, poszukałem aparatu, zorientowałem się, że wyjąłem baterie, więc poszukałem ich po domu, jedne wyjąłem z gejmboja, inne wygrzebałem z plecaka, zamontowałem do aparatu, zrobiłem jedno zdjęcie, ale niestety wyszło zbyt ciemne. Rozjaśniłem monitor, zmieniłem tryb w aparacie, i zrobiłem kolejne. Poczekałem jeszcze moment, i instalacja łaskawie się rozpoczęła.

Instalacja składała się z kilku faz. Najpierw kopiowanie plików. Potem ich rozpakowywanie. STOP. Czemu nie może rozpakowywać w locie, tak jak to robią instalatory linuksowe? Nie wiadomo. Ale to by chyba jednak trochę przyspieszyło proces instalacji. Spoko, musieli mieć jakiś powód. Potem instalacja "features". Tu nie mogę się przyczepić, trzeba pokonfigurować programy i co tylko. Następnie instalowanie uaktualnień. Co? Na płycie od razu są uaktualnienia? Nie można od razu instalować uaktualnionych wersji? Coś dziwnego, ale co ja zrobię. Wspomniałem już, że w trakcie całej instalacji komputer się raz zrestartował, by zrestartować się jeszcze raz po jej zakończeniu? A powiedziałem, że instalator był obrzydliwie kolorowy i świecący, tak, że odechciewało się na niego patrzeć po kilku minutach? Na szczęście sam proces trwał chyba z pół godziny z hakiem, a więc czas całkiem dopuszczalny, nie zadawał też zbyt wielu pytań, więc można było dać oczom odpocząć od mdlącej cukierkowości.

Potem uruchomił się sam system. Przymykając oko na jeszcze większą ilość chamskich, jaskrawych kolorów tęczy migających na ekranie, sam system nawet nieźle działa. Obsługa sprzętu wreszcie doścignęła tą znaną z systemów Linuksowych - wszystko zadziałało zaraz po instalacji, bez dodatkowych zabiegów. Duży plus. Niestety, wygląd systemu po tragicznej Viście nie został ani trochę poprawiony. Koszmarnie nieudany pasek start można na szczęście przestawić na ten znany ze starych wersji, menu Start niestety musi pozostać w nowoczesnym trybie, który o ile w XP nawet mi odpowiadał, to obecne sprawia, że gubię się w tym wszystkim. "Wszystkie programy" nie są wysuwanym menu, ale jeździ w miejscu, przez co zaraz tracę orientację. Na bonus, mimo cyniarskiego Aero krawędzie menu nadal są postrzępione.

Jednak jednej rzeczy naprawdę nie umiem zrozumieć. Płyta DVD ma ponad 4 GB. Obraz płyty ma 3 z hakiem. Pozostaje około gigabajta. Miliard znaków. Ubuntu potrafi zmieścić podstawową obsługę wielu języków na jednej płycie CD, razem z systemem operacyjnym (resztę się dociąga, ale np. instalator i biurko już jest po polsku). Fedora na płycie DVD mieści pełną obsługę dla wielu języków, dzięki czemu system i chyba wszystkie aplikacje oraz manuale mamy po polsku zaraz po instalacji. W przypadku Windowsa musiałem przebrnąć przez całą instalację po angielsku, po czym system również przywitał mnie w tym języku. Tego zrozumieć nie potrafię.

Tak, wiem, jestem hejterem.

Dodano w kategorii Komputery o 11:48:08, 64 komentarze

04 września 2009,

Tworzenie społeczności po 20 latach

Microsoft chce, żeby ludzie robili imprezy w domu z okazji wydania Windowsa 7.

To mnie rozśmieszyło. Aha, i wiem, że obrazek jest starszy od wyngla.

Dodano w kategorii Komputery o 14:39:00, 5 komentarzy

31 sierpnia 2009,

Mit o bezpiecznym linuksie i w związku z nim mała rada

Kutek napisał wczoraj wpis dotyczący tego, jak trudno jest stworzyć wirusa na Ubuntu ze względu na problemy z jego uruchomieniem. Otóż, moim zdaniem, bardzo łatwo jest stworzyć wirusa pod Ubuntu bądź jakąkolwiek inną platformę linuksową, z uruchomieniem którego nie byłoby żadnych problemów.

Cóż należy zrobić? Należy spreparować paczuszkę (w przypadku Ubuntu pakiet deb) zawierający wewnątrz małe niespodzianki. Użytkownik, zwabiony kuszącą funkcjonalnością cudownego forka wine, dodatków do compiza, czegokolwiek wspaniałego pobiera taki pakiecik na pulpit, klika dwukrotnie i bez mrugnięcia okiem podaje hasło administratora, ignorując ostrzeżenia o niebezpieczeństwie. Wystarczy potem, żeby pakiecik w ramach konfiguracji poinstalacyjnej zrobił swoje porządki w systemie, dodał parę wpisów gdzie potrzeba, zainstalował wirusa samodzielnie (a nie poprzez mechanizm dpkg - dzięki temu po usunięciu za pomocą menedżera pakietów zostanie w systemie to, co trzeba), wszystko z prawami administratora oczywiście. I jeśli wirusik siedziałby cichutko i po cichutku zajmował się swoimi sprawami, jak budowanie botnetu czy infekowanie innych, to użytkownik nigdy tego nie zauważy.

Ba, można nawet stworzyć repozytorium, dzięki któremu wirus mógłby się automatycznie aktualizować w najbardziej bezczelny sposób, jaki można sobie wyobrazić.

Rozwiązanie? Stworzyć antywirusa na Linuksa. Ale stworzyć antywirusa przyjaznego i nastawionego właśnie na wirusy linuksowe, a nie na skanowanie poczty w poszukiwaniu wirusów windowsowych. Zrobić demon antywirusa, działający z prawami administratora, i ładny front-end dla użytkowników, pozwalający nim łatwo sterować oraz informujący o wszelkich zdarzeniach. Już nawet MacOS X dorobił się swojego antywirusa instalowanego razem z systemem. Owszem, śmiać się można z ilości wirusów wykrywanych przez to oprogramowanie, ale chodzi o przygotowanie się na cięższe czasy.

I jeśli linuksiarze przez cały czas będą zachłyśnięci tym, że trzeba być głupim, aby zainstalować wirusa pod systemem markowanym przez sympatycznego pingwinka, to kiedyś znajdą się w sytuacji świnki, która budowała domek ze słomy, bo wilka przecież nie trzeba się bać.

Dodano w kategorii Komputery o 09:24:30, 13 komentarzy

Design by ChaitGear, ported by Soil. RSS. Powered by JoggerPL.