Kolejny raz to samo
Zainstalowałem Windowsa 7. Ale zanim przejdziecie do czytania dalszych nowości, wiedźcie jedno: nie jestem zachwycony.
Najpierw instalacja. Uruchamianie instalatora trwało długo. Nie było nawet żadnej informacji o tym - po prostu jakaś fajansiarska tapetka i kursor zajętości. Trwało to może z kilka minut. Potem pojawiło się jakieś pytanie. Odpowiedziałem. Pokazał się komunikat o uruchamianiu instalatora, bez żadnego paska postępu ani dodatkowych informacji.
Poszedłem do toalety, zrobiłem sobie kanapkę, poszukałem aparatu, zorientowałem się, że wyjąłem baterie, więc poszukałem ich po domu, jedne wyjąłem z gejmboja, inne wygrzebałem z plecaka, zamontowałem do aparatu, zrobiłem jedno zdjęcie, ale niestety wyszło zbyt ciemne. Rozjaśniłem monitor, zmieniłem tryb w aparacie, i zrobiłem kolejne. Poczekałem jeszcze moment, i instalacja łaskawie się rozpoczęła.
Instalacja składała się z kilku faz. Najpierw kopiowanie plików. Potem ich rozpakowywanie. STOP. Czemu nie może rozpakowywać w locie, tak jak to robią instalatory linuksowe? Nie wiadomo. Ale to by chyba jednak trochę przyspieszyło proces instalacji. Spoko, musieli mieć jakiś powód. Potem instalacja "features". Tu nie mogę się przyczepić, trzeba pokonfigurować programy i co tylko. Następnie instalowanie uaktualnień. Co? Na płycie od razu są uaktualnienia? Nie można od razu instalować uaktualnionych wersji? Coś dziwnego, ale co ja zrobię. Wspomniałem już, że w trakcie całej instalacji komputer się raz zrestartował, by zrestartować się jeszcze raz po jej zakończeniu? A powiedziałem, że instalator był obrzydliwie kolorowy i świecący, tak, że odechciewało się na niego patrzeć po kilku minutach? Na szczęście sam proces trwał chyba z pół godziny z hakiem, a więc czas całkiem dopuszczalny, nie zadawał też zbyt wielu pytań, więc można było dać oczom odpocząć od mdlącej cukierkowości.
Potem uruchomił się sam system. Przymykając oko na jeszcze większą ilość chamskich, jaskrawych kolorów tęczy migających na ekranie, sam system nawet nieźle działa. Obsługa sprzętu wreszcie doścignęła tą znaną z systemów Linuksowych - wszystko zadziałało zaraz po instalacji, bez dodatkowych zabiegów. Duży plus. Niestety, wygląd systemu po tragicznej Viście nie został ani trochę poprawiony. Koszmarnie nieudany pasek start można na szczęście przestawić na ten znany ze starych wersji, menu Start niestety musi pozostać w nowoczesnym trybie, który o ile w XP nawet mi odpowiadał, to obecne sprawia, że gubię się w tym wszystkim. "Wszystkie programy" nie są wysuwanym menu, ale jeździ w miejscu, przez co zaraz tracę orientację. Na bonus, mimo cyniarskiego Aero krawędzie menu nadal są postrzępione.
Jednak jednej rzeczy naprawdę nie umiem zrozumieć. Płyta DVD ma ponad 4 GB. Obraz płyty ma 3 z hakiem. Pozostaje około gigabajta. Miliard znaków. Ubuntu potrafi zmieścić podstawową obsługę wielu języków na jednej płycie CD, razem z systemem operacyjnym (resztę się dociąga, ale np. instalator i biurko już jest po polsku). Fedora na płycie DVD mieści pełną obsługę dla wielu języków, dzięki czemu system i chyba wszystkie aplikacje oraz manuale mamy po polsku zaraz po instalacji. W przypadku Windowsa musiałem przebrnąć przez całą instalację po angielsku, po czym system również przywitał mnie w tym języku. Tego zrozumieć nie potrafię.
Tak, wiem, jestem hejterem.
